Nigdy nie byłem fanem Pearl Jam i prawdopodobnie już nie będę. Chociaż jak mówią Anglicy „Never say never”. Natomiast zawsze byłem fanem koncertów, bo tylko kiedy zespół występuje na żywo, można poznać jego prawdziwą wartość. I chyba nikt się nie zdziwi, kiedy powiem, że Pearl Jam to 100% perfekcja.
Pierwsi fani piątki z Seattle pojawili się pod Torwarem około godziny 10.00. Kilka minut przed otwarciem bram fani byli już w komplecie, chociaż wydaje mi się, że pojawiło się ich nieco więcej. Niestety biletów już nie było, tak więc i szans na wejście również. Gdy już Torwar wypełnił się fanami Pearl Jam, na scenie pojawił się gość specjalny, zespół Fastbacks. Niestety nie był to udany występ. Przede wszystkim grupa została fatalnie nagłośniona, co już na początku zdyskwalifikowało ich muzykę, która note bene sama w sobie niczym specjalnym się nie wyróżnia.
Po występie Fastbacks pozostała obawa, że Pearl Jam zabrzmi tak samo jak ich gość. Gdyby tak się stało, byłby to tragiczny koncert bo piątka z Seattle stawa na dźwięk, natomiast cała oprawa sceniczna „zepchnięta” jest na daleki plan.
Na szczęście wszystkie obawy rozwiane zostały już w czasie pierwszego utworu, którym był Long Road, zagrany w absolutnej ciemności, nie licząc kilku płonących świec na wzmacniaczach. Widać było tylko zarysy pięciu postaci i gdyby nie ten charakterystyczny głos, wcale nie byłbym pewien czy to już oni. Jednak kiedy włączono (i tak bardzo oszczędne) światła i zaczęli grać Last Exit, wszystko stało się jasne (dosłownie i w przenośni).
Owacja jaką zgotowała zespołowi polska publiczność oddała cała atmosferę panującą tego wieczoru na warszawskim Torwarze. Kiedy zaczęli grać Animal publiczność była już w ekstazie i śpiewała z Vedderem każde słowo. Tak już zostało do końca. Jednak byłem zdziwiony, że nie padło ze sceny nic w rodzaju „Hello Poland”. Ale cóż, Eddzie Vedder nie należy do frontmanów, którzy prowadzą rozbudowany dialog z publicznością. I chyba to też jest jeden z tych charakterystycznych elementów składających się na image tego wokalisty. Tyle, że w tym przypadku nie wygląda na to, że jest to chwyt reklamowy.
Rewelacyjnie wypadły Even Flow, Daughter i wymarzony Jeremy. Właśnie dla takich utworów chodzi się na koncerty tego zespołu. Szczególnie Jeremy stworzył specyficzny klimat tego dnia. Wiadomo, opowieść o chłopcu który popełnił samobójstwo. Taka historia zaśpiewana w Święto Zmarłych bez wątpienia robi wrażenie.
Koncert zakończyli Alive schodząc po prostu ze sceny. Ale to nie był koniec.
Dwukrotnie zareagowali na chóralne skandowanie publiczności. Występ definitywnie zakończyli utworem Indifference.
Nie byłem fanem Pearl Jam i prawdopodobnie już nie będę. Natomiast już zawsze będę fanem koncertów, kiedy to profesjonale zespołu udowadniają swoją wielkość. A Pearl Jam, każdy przecież wie…
Relacja ukazała się w magazynie Gitara i Bas 1/97 (styczeń/luty 1997)






Nikt nie dodał(o) komentarz(y)(e) do tekstu " Jeremy was here… "
comment rss | TrackbackNapisz komentarz